Nie możesz uzyskać dostępu do konta?

Armenia - z dala od szlaków turystycznych

  • 25/04/2013 18:18

Gdy jechałem po raz pierwszy na Kaukaz od razu chciałem odwiedzić Armenię – niesłusznie pomijaną przez większość turystów, którzy ciągną do Gruzji. Dziś, może w nieco innej formie, chciałem przedstawić ten malutki kraj, wciśnięty między Iran, Azerbejdżan, Turcję i Gruzję. 

Wyjeżdżamy z Gruzji do Armenii nabrzmiałą od ludzi i towarów marszrutką. Czeka nas 350-kilometrowa trasa w busie. Okazuje się, że transport ludzki może być połączony z towarowym. Na podłodze spocony jak po biegu Ormianin układa olbrzymie worki z fasolą? Cebulą? Ziemniakami? W blaszanym pudle panuje ukrop. Facet ma metr pięćdziesiąt wzrostu, biceps grubości ołówka i dziw bierze, że rzuca kilkudziesięciokilogramowymi workami jak paczką chipsów. W tym czasie jego żona skacze jak wiewiórka po tylnych siedzeniach, upycha arbuzy, skrzynki z przepysznymi granatami, widzę brzoskwinie, nektarynki, wiadra pełne śliwek, dodatkowe zawiniątka, pakunki, dobrze nam znane torby handlarzy ze stadionu X-lecia napompowane rzeczami, tak że aż rozchodzą się szwy. Dwaj synowie właściciela marszrutki wciskają niemal kolana za głowę, co rusz ktoś pokrzykuje a nie mówi. Wsiada małżeństwo ormiańskie - ona ma twarz mrówki z kreskówek z wielkimi, jakby pełnymi łez oczami; on w dżinsowej koszuli strofuje dwójkę dzieci, które wpatrują się w nas z zaciekawieniem. Przez okno jakaś kobiecina próbuje sprzedać nam lody i pestki słonecznika. Po kilku kilometrach dosiądzie się jeszcze dwóch Turków z walizkami. Będą się śmiać całą drogę, robić zdjęcia i kręcić filmy, szczerząc przy tym zęby i powtarzając „comedy, comedy".

W Erywaniu pojawiamy się znienacka. Zafascynowani przesuwającymi się widokami za oknami marszrutki nie dostrzegamy, kiedy zapada zmrok i bus zaczyna tonąć w pierwszych, wieczornych cieniach. Wypatrujemy oczu, żeby coś jeszcze wyłuskać, ale po chwili mrużymy je, bo przed nami pojawia się coraz więcej przydrożnych lamp, salonów gier, sklepów stolicy Armenii.

W marszrutce trafiamy na pierwszą przyjaźnie wyciągniętą dłoń. Kobieta proponuje, że podwiezie nas do centrum a później jej mąż nie będzie chciał nas wypuścić zanim nie przyjdzie po nas umówiona osoba. Gorąco dyskutujemy, słyszymy, że na pewno nic złego się nam w Armenii nie stanie. Zostajemy po chwili sami. W centrum. Na Placu Republiki, który przyozdobiony jest we flagi Armenii i Rosji. Dowiadujemy się, że odbywa się szczyt prezydentów byłych republik ZSRR, które pozostają nadal w przyjaznym uścisku z Rosją. Nazajutrz będziemy zdumieni tą czołobitnością Ormian.

- Popatrzcie na kraje, które kiedyś były w ZSRR. Te, które żyją w zgodzie z Rosją, nie tracą na tym. A co się dzieje z tymi, które się buntują, jak Gruzja? - pytał retorycznie spotkany przez nas taksówkarz.

Miasto zostało sparaliżowane przez przyjazd Miedwiediewa. Niektóre rejony wręcz zamknięto, co budzi czasem nas sprzeciw i rozżalenie. Próbujemy dyskutować ze służbami bezpieczeństwa - policją i wojskiem. Nigdzie nie możemy wejść, ale bronimy się naiwnie, że my tutaj po dwóch tysiącach kilometrów podróży chcemy obejrzeć te cholerne muzeum, że nic nas Miedwiedew nie obchodzi, strzelajcie do nas!


Ale to nie skutkuje, choć widać niezręczność tej sytuacji między obiema stronami. Dlatego możemy tylko z daleka popatrzeć na pomnik 23-metrowej Matki Armenii, osadzonej na 50-metrowym cokole, w głębi którego zlokalizowano Muzeum Wojskowe, dokumentujące wojnę 1941-1945, czy oddające cześć ofiarom poległym w konflikcie o Górski Karabach. Jest też tablica z nazwiskami poległych Ormian w konflikcie między ZSRR a Afganistanem.

Ararat ma złote zęby


To właśnie na tym wzniesieniu, zmordowani długą drogą, przyglądamy się panoramie miasta, które rozciąga się na okolicznych wzgórzach. W dali słychać szum ulicy a my zaczynamy się rozglądać za Araratem. Biblijną górą, na której osiadła arka Noego. Ponoć widać ją przy dobrej pogodzie także z Erywania, ale w tym rażącym słońcu nic nie możemy dostrzec. Dookoła, na niebie, jaskrawa biel.

Pojawia się nagle Ararat, w obiektywie aparatu, przez przypadek. Zza placów wyskoczyły trzy śmigłowce i skierowały się w stronę lotniska. Wycelowaliśmy obiektywy i... nagle widzimy zarys tej góry. Ledwie widoczny, jakby naszkicowany ołówkiem. Wojciech Górecki w „Toaście za przodków" pisze:


„Ararat zjawia się nagle. Nieważne, czy nadjeżdżasz z zachodu, czy ze wschodu, od północy, czy od południa - przychodzi chwila, kiedy już jest, już go widzisz. Widzisz i wiesz, że to on. Od razu przytłacza cały krajobraz".


Spotkamy się jeszcze z Araratem kilka razy. Choćby humorystycznie, kiedy w wynajętym samochodzie będziemy jechać do monastyru Chor Virap, położonego niemal u podnóża góry.

- Jedziecie obejrzeć Ararat? Po co? Ja jestem Ararat! - śmieje się czterdziestoparoletni mężczyzna klepiąc się otwartą dłonią w klatkę piersiową i pokazując przy tym rząd złotych zębów.

Faktycznie. Wszystko ma tutaj nazwę Ararat. Imię męskie, klub sportowy, firmy, sklepy. No i oczywiście koniak.

Klasztor Chor Virap, to miejsce położone niemal 30 kilometrów od Araratu, choć wydaje się, jakby był na wyciągnięcie ręki. Stąd widać go najlepiej. Tak samo jak wieżyczki wartownicze i przebiegającą niemal pod murem granicą turecką. Świadomość, że święta góra Ormian leży po stronie odwiecznego niemal wroga, boli ten naród jak wypalanie żelazem. Choć ludobójstwo, którego dokonali Turcy w 1915 roku na Ormianach, miało miejsce niemal 100 lat temu, to wciąż stosunki między sąsiadami są nieuregulowane. Trudno przejść do porządku dziennego nad faktem, że Turcy wymordowali - według różnych szacunków - od kilkuset tysięcy do półtora miliona Ormian.

Stoimy w lekkim wietrze na murach klasztoru. W jego trudnodostępnych lochach więziony był św. Grzegorz przetrzymywany przez króla Tirydatesa III. Król nienawidził Grzegorza podwójnie - bo głosił słowo boże a jego ojciec zabił ojca Tirydatesa. Okrutny władca kazał zamordować także 37 dziewic, chrześcijanek. W konsekwencji swoich zbrodniczych czynów postradał zmysły. Wydawało mu się, że jest wilkiem, biegał na czworakach, wył. Siostra władcy miała widzenie, że tylko św. Grzegorz może go uzdrowić. Uleczony tyran nawrócił się i uczynił chrześcijaństwo religią narodową. A było to w 301 roku n.e. Tym samym Armenia została pierwszym krajem chrześcijańskim na świecie, a Grzegorz, który przyjął przydomek Oświeciciela został pierwszą głową kościoła ormiańskiego - katoliksem.

Wszyscy we wsi są naszymi przyjaciółmi

Podróżujemy w głąb Armenii. Jedziemy wzdłuż Wyżyny Armeńskiej, w której można zakochać się, jak w kobiecie. Jest taka ułożona, spokojna, ale jakby cały czas aktywna, bo urozmaicają ją wygasłe wulkany. Przy tym czarująca, zniewalająca urodą. Nie możemy oderwać oczu, kiedy samochód wspina się po drodze, z daleka widać chylące się słońce, które wesoło tańczy na płaskowyżach, nadając skałom najprzeróżniejsze kolory. Głównie jasnobrązowe, czasem ciemniejsze, bywa, że trącają lekkim różem, czy gdzieniegdzie czerwienią. To tuf wulkaniczny, z którego - takie mamy wrażenie - jest chyba zbudowana cała Armenia. Widać to szczególnie w stolicy, kiedy przyglądamy się wyciosanym z tufu klocom, które formują niemal każdy budynek: od Ormiańskiej Galerii Narodowej po obiekty mieszkalne.

W takim krajobrazie nic się nie chce. Lepiej zjeść leniwie arbuza, chwilę porozmawiać z miejscowymi, czy zatrzymać się na kubek wina, sprzedawanego wprost przy ulicy w okolicach Areni - to tutaj ponoć powstaje najlepsze wino w Armenii.

- A za ile to? A to? A telefony macie? Sprzedacie? A wizę? Chcę do Polski, będę tam pracował - atakują nas zewsząd ludzie z niewielkiej wioski na wschodnim wybrzeżu jeziora Sewan. Nawet nie mamy jej na mapie. Tuż obok pasmo gór a dalej Azerbejdżan. W wiosce, jak się dowiadujemy, też mieszkają Azerbejdżanie.

Na razie znosimy cierpliwie zaciekawienie kilku osób. Te kilka przerodzi się zaraz w kilkanaście. Obchodzą nas dokoła, pierwszy raz czujemy się trochę jak w zoo. To my wydajemy się egzotyczni, a nie odwrotnie. Ale nie ma w nas żadnej obawy, bo zaraz spotykamy się z dowodami sympatii. Ktoś zrywa szybko gruszki z drzewa i przynosi, żebyśmy się posilili, inny przychodzi z koszulą wypchaną jabłkami. Siedzimy pod sklepem i nie dziwi nas nic a nic, że właściciel zamyka interes na tę chwilę, bo we wsi coś się dzieje. Przyjechali turyści. Pojawia się nawet kilku żołnierzy, chyba jakiś ważny miejscowy, bo jako jedyny w wyprasowanej, zdaje się urzędowej, koszuli. Wita nas mocnym uściskiem dłoni. Trochę czujemy się ważni, bo każdy chce nawiązać rozmowę, zademonstrować swoją zażyłość z nami przed kolejną osobą, która do nas podejdzie. To trochę ułatwia sprawę, bo nie musimy po raz tysięczny opowiadać tego samego. Mamy swoich tłumaczy.


Dla ciebie wybuduję klasztor

Tłuczemy się autobusem, który na dachu ma kilka olbrzymich butli z gazem. Jedziemy po piaszczysto-kamienistej drodze, mając po prawej pasmo gór, a po lewej „morze Armenii". Jezioro Sewan zajmuje pięć procent powierzchni kraju i zasila niemal cały kraj w wodę. To jest także jedno z najwyżej położonych jezior świata. Wokół niego skupia się życie bogatej fauny i flory. Ze zdumieniem wyczytujemy w przewodniku, że w Europie żyje około 550 gatunków ptaków. W samej Armenii ponad 350! Nie jesteśmy ornitologami, ale widzimy ich różnorodność i liczebność w strefie przyjeziornej.

Autobus wlecze się, jakby miał zaraz zemrzeć. Im bliżej północy jeziora tym bardziej pogoda zaczyna się psuć. Góry, które są tak blisko nas, powoli otulają się gęstymi jak budyń chmurami. Jakby płonęły, buchając zawiesistym dymem. Nad jeziorem dzieje się to samo. Tyle, że chmury poganiane przez wiatr drą się na strzępy niczym prześcieradło. Dziwny widok. Po wyjściu z autobusu, kiedy staniemy na wzniesieniu, gdzie stoi klasztor Sewanawank, wrażenie spotęguje się. Tak jakbyśmy nagle stanęli w chmurach!

Sam klasztor góruje nad okolicą. Teraz znajduje się na półwyspie, ale jeszcze niedawno był na wyspie. Poziom jeziora jednak się obniżył, ale to chyba wciąż najpiękniejsze miejsce z panoramą na jezioro. Szkoda jednak, że traci swoją majestatyczną moc przez turystów, którzy skaczą po klasztorze, drąc się w niebogłosy.

Podobne wrażenie wynieśliśmy z klasztoru Norawank, wybudowanego w XIII wieku na stromym wzniesieniu. Może mieliśmy pecha, ale przyjechaliśmy tam w niedzielę i oprócz wycieczek turystycznych, trafiliśmy także na pielgrzymujących Ormian. Sam kompleks klasztorny oczarowuje. Nawet nie samym wyglądem, ale legendą, która wiąże się z jego powstaniem. Ponoć Mistrz Momik zakochał się w pięknej córce księcia Sjunjac. Książę, widząc wzajemną miłość obojga zakochanych, wezwał do siebie Mistrza Momika i postawił warunek, że odda mu rękę swojej córki, jeśli ten w ciągu trzech lat wybuduje nowy, wspaniały klasztor. Mistrz Momik wziął się ochoczo do pracy i własnoręcznie ciosał olbrzymie bloki. Gdy książę uświadomił sobie, że Mistrz Momik może zdążyć na czas, wysłał swojego sługę, by ten zgładził adoratora swojej córki. Poddany zepchnął Mistrza Momika z kopuły cerkwi i w ten sposób ostatni ociosany kamień stał się kamieniem nagrobnym Mistrza Momika.

Zbombardujmy Moskwę!

Ach, te kaukaskie kobiety. W Gruzji zaskoczyło nas, że po wyjściu z marszrutki większość z nich bezceremonialnie obmywa twarz w górskich strumieniach. Często są naturalne, bez makijażu, choć trafiają się oczywiście kobiety „europejskie", czy z umiłowaniem do upiększania typowo wschodnim - ciężki tusz na rzęsach, mnóstwo pudru, ostra jak nóż czerwona szminka. Gruzinki wydały się bardziej otwarte niż Ormianki, zdarzało się, że bezczelnie przypatrywały się nam, ale gdy zachęceni tymi spojrzeniami, próbowaliśmy nawiązać kontakt, odwracały się na pięcie i znikały.

Ormianki często wbijały wzrok w ziemię, jakby spłoszone naszą obecnością, bezpośrednim kontaktem w metrze, czy marszrutce. Wydawało się nam, że to nie przesadna płochliwość lecz wewnętrzna duma podszyta skromnością. Choć ta ostatnia cecha zanika, kiedy widzi się Ormiankę idącą ulicą. Jest tedy posągowa, majestatyczna, wyprostowana. Jak z wosku. Z nieruchomą głową. W zasadzie sunie, nie idzie. Najczęściej czarnowłosa, najczęściej w sukience.

Między mężczyznami jest jedna dostrzegalna różnica i tak ich dzielimy. Na tych, którzy dbają o wygląd zewnętrzny i na tych, którzy mają to w nosie. Ci pierwsi dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy próbują ubierać się jak na ulicach stolic Europy i na tych, którzy - choć eleganccy - jeszcze hołdują stylowi wschodniemu. Im but ma większy szpic, tym lepiej. W Armenii nawet trampki robią z czubem!

Ci eleganccy, w obcisłych polo, cienkich tiszertach, czy koszulach, budzą nasze zainteresowanie. Ormianie odważnie zestawiają kolory, często widać ich w jaskraworóżowych częściach garderoby jak i w tych klasycznych - czerni i bieli. Niepodobna zrozumieć, że potrafią ubrać się od stóp do głów na biało lub czarno, nie brudząc przy tym! Kiedy my jesteśmy umorusani wędrówką po mieście, czy po jeździe marszrutką oni wyglądają tak, jakby dopiero wyszli z domu. Szpitalna czystość. Jak to możliwe w tym wiecznym kurzu i pyle?

Prócz zrozumiałego związku między ormiańskimi kobietami a mężczyznami dostrzegamy jeszcze jeden: trudną do sprecyzowania ale zauważalną dumę. Kilka razy słyszmy o Araracie, o alfabecie ormiańskim, rodowodzie Ormian, ich wiecznej udręce - zadawnionym konflikcie z Turkami. Także o wciąż żywym sporze z Azerbejdżanem o Górski Karabach, czyli ormiańską enklawę położoną w samym sercu Azerbejdżanu, o którą to oba kraje starły się na początku lat 90. ubiegłego wieku. Wszędzie walczą, podkreślając swoją tożsamość i trudy, które znoszą. Ale mają z czego być dumni Ormianie. Wydali na świat wielu znakomitych artystów, naukowców. Ryszard Kapuściński wylicza:

„W Covent Garden śpiewa Ormianka Arda Mardykian, wielka solistka. Czy lubię sławnego pieśniarza Francji? Przybrane nazwisko Aznavour, faktycznie Aznawurian. Ormianin. Weźmy Wiliama Saroyana. Filar literatury amerykańskiej. Znowu Ormianin. Przenieśmy się w głąb historii Bizancjum. Najwięksi cesarze - Ormianie. Każdy wie, że kapitalizm urodził się w bankach Florencji. Skąd się wzięły banki? Z ormiańskiej głowy. Proszę podać nazwisko największego malarza-marynisty. Podam Ajwazowski, a powinienem podać Ajwazjan, bo to był Ormianin. A polska dyplomacja średniowieczna? Bardzo dużo Ormian. Bitwa pod Grunwaldem: dwa pułki ormiańskie, jeśli nie cała chorągiew. Ale trzymajmy się dnia dzisiejszego. Na przykład nowoczesne lotnictwo, migi, konstruktor: Mikojan. Sława światowej astronomii: profesor Ambarcumian, mieszka w Erywaniu. Aram Chaczaturian albo Louis Posabalian. Dodajmy plejadę poetów, z których Egisze Czerenc był największy, wymieńmy ormiańską szkolę matematyczną, która poza Polską nie ma sobie równych. Z innych dziedzin: Arno Babadżanian i Henrico Masias. gwiazda Europy. Właściwie, jak się pojawia jakaś wielkość, trzeba przepatrzeć drzewo genealogiczne. Można znaleźć ormiańską gałąź."

Wojciech Górecki dorzuca jeszcze do tej wyliczanki: Kirk Kerkorian z Beverly Hills, twórca kasynowej potęgi Las Vegas, reżyser Jerzy Kawalerowicz, aktorka Cher (naprawdę nazywa się Cherilyn Sarkisian LaPierre), tenisista Andre Agassi, etyk - lekarz nazywany Doktorem Śmierć, propagator eutanazji - Jack Kevorkian. Do tego kompozytor Aram Chaczaturian, reżyser Siergiej Paradżanow. Uff.

Kończymy tam, gdzie zaczęliśmy - w Erywaniu. Jest czas na obejrzenie przebogatych zbiorów Ormiańskiej Galerii Narodowej, ale po trzech godzinach jesteśmy zaledwie w połowie ekspozycji po obejrzeniu uznanych mistrzów: Declaroix, Rubensa, Rembrandta, ciekawej prezentacji malarstwa rosyjskiego i ormiańskiego.

Wyjeżdżamy pustym pociągiem. Bez żadnych przygód. Nawet nie chcą nas żenić jak to miało miejsce na granicy gruzińsko-ormiańskiej. Znów za oknami te piękne widoki, bo pociąg zygzakuje, jak żmija między górami i wlecze się niemiłosiernie, objeżdżając chyba całą północną Armenię. Jest chwila na zadumę, powolne porządkowanie wrażeń, przyrzeczenia - jak to się zwykle czyni - że jeszcze się tutaj wróci, że jest jeszcze kilka niezałatwionych spraw, miejsc do obejrzenia. I pewnie drugie tyle osób do poznania.


korzystałem m.in. z książek Wojciecha Góreckiego "Toast za przodków", Ryszarda Kapuścińskiego "Kirgiz schodzi z konia", czy z "Armenia, kolebka ludzkości" Davida Marshalla Langa.

 

Informacje praktyczne:

 

  • Dojechać do Armenii najłatwiej i najtaniej możemy z Gruzji (przy dolocie z Polski LOT-em, WizzAirem). W Tbilisi wskakujemy w marszrutkę (2010 rok – kwota około 50 zł w jedną stronę) lub w pociąg (cena była minimalnie mniejsza). Co do pociągu, to jedzie on kilkanaście godzin, bo teren jest górzysty. Podróż się ciągnie, ale warto choć w jedną stronę przejechać się. Widoki rekompensują czas podróży.

  • Można też bezpośrednio dolecieć LOT-em z Warszawy do Erywania.

  • Od 1 stycznia 2013 roku zniesiono obowiązek wizowy dla obywateli UE.

  • Sieć transportowa jest słabo rozwinięta (marszrutki nie jeżdżą tak często i regularnie jak w Gruzji), ale można śmiało próbować podróżować autostopem lub dorzucić się do paliwa i podjechać z kimś.

  • Sieć noclegowo-hotelowa również nie należy do najlepszych. Na prowincji (w większych miasteczkach) spaliśmy w obskurnych hotelikach. Ceny zaczynały się nawet od 20 zł.

  • Uprzedzając: jest naprawdę bezpiecznie.

  • Ze względu na zróżnicowany klimat możliwe są szybkie załamania pogody.

  • Walutę możemy wymienić bez problemu w miastach (polecam dolary lub euro). Dostępne są bankomaty.

 

 

 

Zagłosowałeś na opcję '-1'.
Oceń
Autor: Alexander Supertramp

KOMENTARZE

DODAJ KOMENTARZ

Polecane firmy

Reklama konta firmowego