Nie możesz uzyskać dostępu do konta?

Mój brat , J. ;) - część piąta

  • 14/11/2017 08:39
  • 0

24 Grudnia 2004 WIGILIA
Godzina 09:00

Punktualnie o dziewiątej ciocia Lucia ubrana na bojowo, to znaczy do wyjścia, stanęła w drzwiach dużego pokoju. Babcia Gienia drzemała w fotelu, tata dopijał poranną kawę, czytając gazetę.

- Fryderyku – powiedziała ciocia Lucia z wyrzutem. – mieliśmy jechać na zakupy, a ty jeszcze w piżamie?

Rzeczony Fryderyk odłożył gazetę i zerknął na zegarek.

- Przecież dopiero dziewiąta, otwierają za godzinę. Mamy masę czasu, a poza tym muszę się jeszcze ogolić – ojciec sięgnął ponownie po gazetę.
- Jeśli teraz pojedziemy, to unikniemy tłoku przy kasach, a ogolić możesz się później. Fryderyku, proszę.

Ojciec westchnął głęboko.

- Dobrze, już dobrze. Daj mi pięć minut – wstał i jak skazaniec powlókł się do łazienki.

Ciocia Lucia podeszła do babci Gieni.

- Ciociu Gieniu – potrząsnęła ją lekko za ramię.
- Moje serce – ocknęła się babcia Gienia.
- Jedziemy z Fryderykiem na zakupy. Zwróć uwagę, proszę, na dzieci  i Marysia może będzie czegoś chciała.
- Jakie dzieci? Jaka Marysia? – wystraszyła się babcia Gienia.
- My jesteśmy już gotowi ciociu – Marzenka i Jacuś w kurtkach wpadli do pokoju.
- Nie ma mowy, zostajecie – krzyknął z łazienki ojciec.
- Ale my będziemy grzeczni – Marzenka zrobiła buzię w podkówkę.
- Obiecujecie? – zapytała ciocia Lucia.
- Obiecujemy, obiecujemy, obiecujemy.

Po prostu obiecali.

Do hipermarketu P&S* było z dziesięć minut jazdy samochodem. Dojechali dobre pół godziny przed otwarciem. Chyba połowa mieszkańców miasta postanowiła uniknąć tłoku przy kasach, bo tłum przed wejściem był przerażający. Szczęśliwie załapali się na jeden z ostatnich wózków.

Ojciec krytycznie ocenił sytuację.

- Może zrobimy te zakupy później – zaproponował.
- Kiedy później? – zdziwiła się ciocia Lucia.
- No nie wiem, może po świętach?
- Ha, ha – zaśmiała się ciocia Lucia. – Lubię twoje poczucie humoru, Fryderyku – i wzięła go pod rękę.

Marzenka odciągnęła Jacusia półtora metra w bok.

- Nie lubię, jak ciocia tak trzyma tatę – szepnęła mu do ucha.
- Jak?
- No tak. Pod rękę. Tak może tylko mama – zezłościła się Marzenka.
- Przecież nie robią nic złego – zaoponował Jacuś.
- Robią.

Marzenka nasunęła czapkę mocniej na oczy i podeszła z miną jak z „Milczenia Owiec” do cioci Luci od tyłu. Nachyliła się i z całej siły uszczypnęła ją w wystającą z kozaków łydkę.

- Aj! – podskoczyła ciocia Lucia, aż przekrzywił jej się berecik. Puściła ramię Fryderyka. I o to chodziło.

Marzenka zrobiła półobrót. I już była przy ojcu.

- Mieliście być grzeczni – warknął ojciec.
- Tato – powiedziała Marzenka robiąc najpiękniejszą minę na świecie.
- Co?
- Jesteś dzisiaj taki ładny – powiedziała słodko.

Wzruszony ojciec wziął córeczkę na ręce. I o to chodziło. Głupia ciocia Lucia.

O dziesiątej stało się. Przeszklone drzwi hipermarketu rozsunęły się dostojnie przed tłumem wiernych. Nabożnie ruszyli w takt „We wish you a Marry Christmas”. Pięknie się zrobiło. Serce rosło, gdy widziało się ten znój katolików zdobywających wejście katolickiego sklepu, w katolickim kraju. 

- No i co się chuju pchasz?
- Odpierdol się facet!
- Genio jebnij mu! Bo ja mu zaraz przypierdolę!
- Złodziej, ludzie, złodziej!
- Przestań mnie pan obmacywać!
- Coś ty taka niedotykalska, ubędzie ci, kurwa, czy co?
- Łapy przy sobie, dziadu!

Jak pięknie się zrobiło, kurwa, jak pięknie.

Po dwudziestoczterokrotnym wysłuchaniu „We wish  you a Marry Christmas”, szesnastokrotnym „Jingle bells” i ośmiokrotnym „Silent night” został do kupienia tylko karp. Ojciec wyraźnie się rozluźnił.

- Nieźle nam poszło – pochwalił nie wiadomo kogo, gdy śnięty karp wylądował w przepełnionym wózku.
- Poczekajcie tu na mnie sekundę – poprosiła ciocia Lucia odchodząc w kierunku działu z zabawkami.

Jacuś spojrzał znacząco na Marzenkę.

- Yes, yes, yes – szepnęli równocześnie.

Znużony ojciec przysiadł na palecie z czymś tam. Ciocia Lucia wróciła tak szybko, jakby w ogóle nie odchodziła. Starając się zrobić to dyskretnie włożyła do koszyka dwa kartony z napisem „Bombki choinkowe”.

- A nie mówiłem – mruknął Jacuś.
- Szkoda gadać – powiedziała zawiedzionym głosem Marzenka.
- To co, do kasy? – zapytał radośnie, wręcz świątecznie ojciec.
- Jeszcze tylko sery, Fryderyku.
- To my tu już na was poczekamy – dzieci usiadły w miejscu zwolnionym przez ojca na palecie z czymś tam.
- Tylko się stąd nie ruszajcie – upomniał ojciec odjeżdżając z wózkiem.
- Życie to jedno wielkie rozczarowanie – zauważył Jacuś. 
- Święte słowa – przyznała mu rację Marzenka. – Ale spójrz na to z innej strony. Będziemy mogli sobie powiesić bombki na choince. I to nowe.
- Nie denerwuj mnie – uciął dyskusję Jacuś.

Odstaliśmy swoje do kasy. Oj, odstaliśmy. W końcu ojciec zaczął podawać zakupy z koszyka cioci Luci, a ta układać na taśmę.

- Fryderyku, czy wy macie psa? – zapytała w pewnej chwili ciocia Lucia.
- Nie – odpowiedział zdziwiony tata.
- A zamierzacie mieć?
- Nie.
- To po co włożyłeś do koszyka suchą karmę dla psów?
- To nie ja – zaprzeczył ojciec. – Marzenka? Jacuś?
- To nie my – zaprzeczyli jedno przez drugie.
- Fryderyku, a po co nam cztery puszki „Paprykarza Szczecińskiego”? O ile pamiętam zawsze twierdziłeś, że to ryba zmielona z siecią.
- To nie ja.
- To nie my.
- Fryderyku, a co tu robi ten zielony kurczak? – rzeczywiście,     w ręku cioci Luci było coś zielonego.
- To nie ja.
- To nie my.
- Ktoś nam musiał to podrzucić – zawyrokował ojciec.
- Fryderyku – czknęła ciocia Lucia(ciocia Lucia zawsze dostawała czkawki, gdy działo się coś niezwykłego).  – To nie jest nasz wózek.

Ojciec zachwiał się jak rażony piorunem.

- Co? – jęknął.
- Fryderyku – czknęła ciocia Lucia – przy serach, - czknęła ciocia Lucia – zabrałeś chyba cudzy koszyk – czknęła ciocia Lucia.

Ojciec jednym ruchem zebrał z taśmy przed kasą wyłożone zakupy, wrzucił je do wózka i pognał do serów. Naszego wózka nie było. I nikt go tam nie widział.

- Proszę pani - zapytał długonogie bóstwo na wrotkach – czy nie widziała pani tu naszego wózka?
- A jak wyglądał? – starało się sprecyzować bóstwo.
- No wie pani, taki srebrny, z rączką, na czterech kółkach – wyjaśnij z nadzieją w głosie ojciec.
- Taki jak ten? – bóstwo wskazało na nasz – nie nasz wózek.
- Dokładnie! Identyczny! – ucieszył się ojciec.
- Proszę pana, takich wózków jeździ tu około sześciuset. Wesołych świąt –  i odjechała na swoich pięknych nogach.

Dwadzieścia trzy minuty odkładaliśmy zakupy z nie naszego wózka. Po czterdziestu następnych stanęliśmy znowu w kolejce do kasy. Tata i ciocia Lucia trzymali oburącz wózek z zakupami jak najcenniejszy skarb. Jacuś i Marzenka pobiegli policzyć klientów.

- Jesteśmy siedemnaści – zameldował Jacuś.

Tato coś zmiędlił między zębami. Coś na k...

- Fryderyku! – oburzyła się ciocia Lucia.

Tato nic nie odpowiedział. Po pięciu minutach kolejka przesunęła się o dwie stopy. Rozmiar czterdzieści jeden.

- Przepraszam, przepraszam – bokiem kolejki przepychał się starszy jegomość  z wózkiem załadowanym po sufit.
- A pan gdzie? – zaczepił go tata.
- A myśli pan, że gdzie? Do kasy! – odpowiedział jegomość.
- Ale koniec kolejki jest tam – ojciec wskazał palcem do tyłu.
- Ale ja, proszę pana, jestem inwalidą wojennym. Mówi to panu coś? – błysnął złym wzrokiem ojcu w twarz.
- A, to proszę – odpowiedział niepewnie tata. 
- No – jegomość ruszył do kasy.

Kolejka ani drgnęła, gdy znów ktoś wpychał się bokiem.

- A pan kto? – warknął ojciec.
- Honorowy krwiodawca.

W ciągu następnych dwudziestu minut wyprzedzili nas jeszcze: matka karmiąca, policja, służbowo.

- A mnie się proszę pana, bardzo spieszy – powiedziała otyła kobieta rozpychając się biodrami, wystającymi poza szerokość wózka.

Przelała się czara goryczy taty. Wypchnął wózek z kolejki i warknął do nas „za mną!”. Ruszyliśmy posłusznie za ojcem. Tu już nie było żartów.

- Przepraszam, przepraszam – ojciec parł do przodu jak przecinak. Uszliśmy tak z pięć metrów gdy drogę do upragnionej kasy zastąpił ojcu siwy mężczyzna w koszuli pod krawatem.

- A pan kto? – zapytał.
- A ja, proszę pana, - wrzasnął ojciec – jestem wariatem. Na przepustce świątecznej ze Srebrzyska. I mam gruźlicę. Prątkującą – ojciec dmuchnął mężczyźnie pod krawatem prosto w nos.
- Ale proszę państwa – ojciec zwrócił się do wszystkich w kolejce – ja to jeszcze nic. Moja kuzynka Lucia, Luciu przedstaw się państwu, to psychopatka, seryjna zabójczyni, też na świątecznej przepustce. Na litość boską – ojciec rzucił się dwa wózki do przodu – proszę pani, proszę natychmiast schować ten tasak – ojciec wydłubał z wózka przerażonej kobiety w futrzanej czapce zapakowany w pudełko tasak. – Lucia, gdy tylko zobaczy coś takiego, zaczyna mordować. Chce pani, żeby nas wszystkich pozabijała? Zwariowała pani? Wręczył kobiecie w futrzanej czapce pudełko z tasakiem. – A dwójka moich dzieci jest niedorozwinięta. Jeszcze nikogo nie zabiły, ale pewnie zaraz dostaną ataku.

Kolejka zamarła.

- Czy teraz możemy już przejść do kasy? – zapytał tato.

Ludzie rozstąpili się przed nami jak Morze Czerwone przed Izraelitami. Bez przeszkód dotarliśmy do kasy. Otyła kobieta (której się bardzo spieszyło)  w popłochu przerzucała zakupy z wózka na taśmę.

- Spokojnie, proszę pani, spokojnie, bo się pani spoci – powiedział ojciec. – Może pani pomóc? – dodał.
- Niech się pan do mnie nie zbliża! – krzyknęła kobieta, której się bardzo spieszyło.

Ojciec tylko uśmiechnął się życzliwie.

- Czy zauważyłaś Luciu, jacy ludzie ostatnio nerwowi się zrobili. Szczególnie w święta. Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież święta to czas zadumy i wyciszenia.

Ciocia Lucia nic nie odpowiedziała, jeśli nie liczyć czknięcia. Marzenka zaczęła cichutko płakać.

- Co się stało, kochanie? – zapytał z troską tato.
- Ja nie jestem niedorozwinięta – zaszlochała Marzenka.
- Jeszcze troszeczkę jesteś – uspokoił ją tato. – Ale jak będziesz grzeczna  i będziesz dużo jadła, to na pewno się rozwiniesz. Zobacz – wskazał na wypiętą nad wózkiem otyłą panią „której się spieszyło”. – Ta pani była na pewno bardzo grzeczna, dużo jadła i zobacz jak się pięknie rozwinęła. Ty też taka będziesz.
- Ale ja nie chcę – powiedziała przez łzy Marzenka.
- No to jak chcesz – powiedział uśmiechnięty tata.
- Tato, mogę sobie kupić gumę do żucia? – zapytał Jacuś widząc dobry humor ojca.
- Jasne, synku, możesz. Którą tylko chcesz: miętową czy cytrynową, w listkach czy w pastylkach?
- Ja nie wiem – odpowiedział niepewnie Jacuś.
- To w takim razie weźmiemy wszystkie – powiedział z uśmiechem tata. – Zrobimy sobie gumowe święta. Usiądziemy pod choinką i będziemy żuli, żuli aż do następnych.

Tata brał ze stojaka po kolei wszystkie pudełka z gumami do żucia i wysypywał do koszyka.

- O!– zawołał uradowany – bateryjki! Je też sobie kupimy! A co? I lizaki. Do koszyka lizaki, do koszyka bateryjki, do tego pudełko zapalniczek. O i jeszcze to. Co my tu mamy? O nie, nie. Prezerwatyw nie będziemy sobie kupowali. Nie w święta. Co jeszcze byś chciał Jacusiu?

- Już nic tato – odpowiedział Jacuś.
- Tak właśnie myślałem. Luciu – odwrócił się do cioci.
- Słucham? – czknęła ciocia Lucia.
- Czy to jest na pewno nasz wózek?
- Tak – czknęła ciocia Lucia.
- Czy na pewno kupiliśmy już wszystko?
- Tak – czknęła ciocia Lucia.
- To w takim razie – tu sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął portfel – proszę pieniądze. Zapłać pani, a ja już poczekam na was w samochodzie. Życzę państwu zdrowych, wesołych, a wręcz radosnych świąt i do siego roku.

Energicznie machając nad głową podniesioną ręką zostawił nas przy kasie. Jeszcze nigdy nie byliśmy  tak szybko obsłużeni. Już po trzynastu minutach odszukaliśmy tatę na parkingu. Siedział wyprostowany, zapatrzony przed siebie, z rękoma na kierownicy, jakby kij połknął. To była świetna okazja, żeby przestraszyć ojca. Jacuś to wprost uwielbiał, ojciec wręcz przeciwnie. Coś jednak kazało Jacusiowi zaniechać straszenia tym razem. Jakiś nieokreślony głos wewnętrzny. Zastukał tylko delikatnie w szybę samochodu. Ojciec uchylił okno samochodu.

- Tato, jesteśmy – powiedział Jacuś. – Otwórz bagażnik, zapakujemy zakupy.

Ojciec ani drgnął, ale bagażnik samochodu się otworzył. Jacuś po sekundzie wrócił.

- Tato, tam nie ma miejsca. Zapomniałeś wyjąć letnie opony.

Ojciec jak w niemym filmie: otworzył drzwi, wysiadł, podszedł do bagażnika, spojrzał, odszedł trzy metry od samochodu i ... zaczął liczyć.

- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
- Co on liczy? – zapytała szeptem Marzenka.
- Chyba samochody – odpowiedział niepewnie Jacuś.
- To trochę tu postoimy – odszepnęła Marzenka. – Jest ich tu na oko parę setek.

Ciocia Lucia podeszła do ojca.

- Fryderyku, nie denerwuj się – powiedziała słodkim głosem. – Zapakujemy zakupy do tyłu i wszystko będzie dobrze.

- Dwadzieścia cztery , dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć – odpowiedział ojciec.
- Dzieci, do samochodu i zapnijcie pasy.
- Kim ona jest, że nam rozkazuje? – szepnęła oburzona Marzenka.
- Dobra, chodź – pociągnął ją za rękaw Jacuś. – Wracajmy już do domu.

Wsiedli oboje na tylne siedzenie i zapięli pasy. Ciocia Lucia zabrała się do przepakowywania zakupów. Musiała to już kiedyś robić, bo szło jej całkiem nieźle.

- Ciociu, wystarczy – zaprotestowała Marzenka, gdy jej i Jacusiowi wystawały z zakupów tylko głowy. – Bo się podusimy.
- Jeszcze tylko dwie siatki, córeczko, resztę wezmę na kolana z przodu.
- Nie jestem twoją córeczką – oburzyła się Marzenka.

Na nic się to zdało, dwie siatki i tak wylądowały z tyłu. Ciocia Lucia usadowiła się z przodu. Położyła na półce przy przedniej szybie bagietki, a na kolana ostatnie siatki.

- Fryderyku! – krzyknęła. – Gotowe. Odstaw wózek i możemy jechać.
- Sto siedemdziesiąt osiem, sto siedemdziesiąt dziewięć ... – ojciec nawet nie miał zamiaru odstawić wózka.

Szkoda, dwa złote poszło się bujać.

Wsiadł do samochodu i w końcu ruszyliśmy. Bagietki zaczęły zsuwać się z półki. Tata chwycił je prawą ręką i jednym pewnym ruchem postawił w pionie, przed samym nosem cioci Luci. Sytuacja była opanowana.

- Dwieście dwanaście, dwieście trzynaście...

Po kilometrze, może dwóch, już na głównej drodze na osiedle Marzenka przeraźliwie krzyknęła.

- Tato, karp!
- Przecież kupiliśmy!!! – ryknął ojciec przerywając liczenie.
- No właśnie, on mnie bije po buzi.

Rzeczywiście, śnięty karp dorwał się do tlenu i młócił Marzenkę po twarzy. To było niezłe hamowanie: z sześćdziesięciu do zera w dwie sekundy. Rany, wszyscy zrobili pieska (raz do przodu, raz do tyłu), tylko karp poszedł, a właściwie poleciał na całość. Wykorzystując prawa fizyki, pięknym lotem wznosząco – koszącym pacnął ciocię Lucię w głowę, rykoszetem trafił w przednią szybę, by w końcu wylądować przy pedale hamulca. Z tyłu ktoś przeraźliwie zatrąbił.

- Ty draniu – warknął ojciec schylając się po karpia. I miał go już w dłoniach, już rzucał mu się do gardła, gdy ktoś nagle otworzył z zewnątrz drzwi samochodu. Zabłyszczały jak światełka na choince guziki munduru policjanta.
- Panie kierowco, co pan do cholery wyrabia! – przywitał się grzecznie policjant. – Ledwo wyhamowałem radiowozem.

Nie wiadomo do końca kto się bardziej wystraszył : tata czy karp. Zdania są podzielone, ale chyba jednak karp. W panice wyrwał się ojcu z rąk, trafił policjanta w brzuch i zniknął pod samochodem.

- Co to było? – odskoczył od drzwi policjant.
- Karp, panie władzo – wyjaśnił ojciec.
- Jasna cholera! – na mundurze pana władzy skrzyła się w grudniowym słońcu piękna plama w kształcie ryby. –

To był nowy mundur.

- To fę da wyflucić – powiedziała ciocia Lucia. Tak mniej więcej jedna trzecia bagietki utkwiła jej w ustach, a berecik zasłonił prawe oko.
- Słucham? – zapytał policjant zaglądając do wnętrza samochodu.
- To fę da wyflucić – powtórzyła ciocia Lucia.

Policjant bacznie obejrzał sobie pasażerkę.

- Niedorozwinięta? – zapytał teatralnym szeptem ojca.
- Jeszcze jak – odszepnął ojciec. 
- Żona?
- Tak – skłamał ojciec.
- Nie! – nie skłamali z tyłu Jacuś i Marzenka jednocześnie.

Dopiero teraz policjant zauważył pasażerów z tylnego siedzenie, a właściwie dwie gadające głowy.
- Dzieci? – zapytał.
- Tak – nie skłamał ojciec.
- Na ich miejscu też bym się nie przyznawał do takiej matki – wczuł się w sytuację dzieci. – Ona tak od urodzenia, czy dopiero po ślubie ją siekło?

Czy policjant wszystko musi wiedzieć?

- Po ślubie – zgodził się ojciec.
- To masz pan krzyż pański. Moja żona normalna, a czasami mam ochotę na czterdzieści osiem godzin ją przymknąć. Ile to nieszczęść na tym świecie przez baby. Jedź pan, powinienem kropnąć panu mandat, ale w pana sytuacji... jedź pan, tylko ostrożnie z hamulcem, to ten środkowy pedał.
- Dziękuję – odpowiedział wzruszony ojciec.
- Jedź pan.
- Dziękuję.

Już drzwi się zamykały, gdy refleksem wykazała się Marzenka.

- A karp? – krzyknęła. – Mama nas zabije, jeśli przyjedziemy do domu bez karpia.

No co? Przecież tak się mówi.

Głowa policjanta znów pojawiła się w samochodzie. Znów obrzucił wzrokiem ciocię Lucię.

- Często jest agresywna? – zapytał.
- Kto? – nie zrozumiał ojciec.
- No, ta pana... – tu wskazał na ciocię Lucię.
- Nie, prawie w ogóle.
- Uważaj pan, takie pierdyknięte to do wszystkiego są zdolne.
- Ja ie mem nenta – zapluła się ciocia Lucia.
- Jasne, jasne – zbył ją policjant. – A ty się dziecinko nie martw – zwrócił się do Marzenki – wujek zaraz złapie twojego karpia.

Schylił się i zajrzał pod samochód.

- Zdzichu! – krzyknął w stronę radiowozu. – Dawaj pałę, tę długą.

Posterunkowy Zdzichu i pała zjawili się błyskawicznie.

- Celować w łeb czy gdzie popadnie? – zapytał Zdzichu patrząc na ojca.
- Nie, nie to, trzeba karpia spod samochodu wydłubać – poinformował go przełożony.
- Szkoda, lubię czasami tak przypier...
- Zachowuj się, tu są dzieci i chora psychicznie – został pouczony Zdzichu.

Zdzichu zerknął do samochodu.

- O, kur... , ja pier... – jęknął widząc ciocię Lucię.
- Dobra, dobra, nie filozofuj mi tu, tylko wyciągaj tego gada spod samochodu i kończymy imprezę, bo korek się za nami zrobił.

Karp nie dał się wydłubać. Gorzej, w ogóle go nie było widać.

- Niech pan ruszy ze dwa metry do przodu. Musi być gdzieś pośrodku – rozkazał policjant.

Ojciec rozkaz wykonał, przejechał dokładnie dwa metry do przodu. Samochód trochę podskoczył pod koniec.

- Jest, jest – ucieszył się Zdzichu. Po chwili przyniósł naszą zgubę trzymając ją za ogon. – Dziwny jakiś – powiedział.

Karp rzeczywiście wyglądał dziwnie. Bardziej  jak flądra i to z tych bardziej płaskich.

- Przejechał go pan – poinformował policjant.
- Na śmierć – dodał Zdzichu.
- O je zroli szym kafichym? – powiedziała ciocia Lucia.

Zdzichu położył karpia na przedniej szybie samochodu i przycisnął wycieraczką. Mocniej ujął pałę w dłoń.

- Szefie, mogę ją trzasnąć? Przynajmniej tak raz, lekutko? – zapytał.
- Do samochodu, bo jak ci zaraz...
- Według rozkazu – wycofał się Zdzichu.
- Jedźcie już i do cholery Wesołych Świąt – pożegnał ich policjant.

I my i karp dojechaliśmy szczęśliwie.

 

(ciąg dalszy nastąpi)

Oceń
Autor: Andrzej M Żak

KOMENTARZE

DODAJ KOMENTARZ

Pozostałe wiadomości

    Uwaga na utrudnienia na drodze

    Wykonawca drugiego odcinka obwodnicy Olsztyna planuje naprawę i zabezpieczenie skarpy naprzeciwko toru motocrossowego na DL55 (droga... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 10:52
    • 0
    • Express.olsztyn.pl

    Pijani, nieodpowiedzialni, źli

    Niedostosowanie prędkości, niezachowanie bezpiecznej odległości czy wypity wcześniej alkohol – to tylko kilka z najczęstszych... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 09:21
    • 0
    • Express.olsztyn.pl

    Bezpieczniej i ładniej w Piotraszewie

    Pierwszy etap prac wykonany w ubiegłym roku objął 4,5 kilometra drogi od wojewódzkiej 507 do granic Piotraszewa. W tym roku udało... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 09:00
    • 0
    • Express.olsztyn.pl
    • .

    "Szubienice" znów w sądzie

    Antoni Górski          Olsztyn 24.11.2017 r. Sąd Rejonowy w Olsztynie II Wydział... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 08:23
    • 4
    • warmiak

    Polecane firmy

    Reklama konta firmowego