Nie możesz uzyskać dostępu do konta?

Mój brat , J. ;) - część trzecia

  • 11/11/2017 14:10
  • 0

02 Października 2004


Następnego dnia była sobota. Było sobie można dłużej pospać i dopilnować mamę aby dużo jadła. Tak na wszelki wypadek. Ciąża ciążą ale brzuch mamy wcale się nie zmniejszył.

- Zjesz coś jeszcze, mamo? – zaproponował Jacuś pod koniec śniadania.
- Już nie mogę. Kochany jesteś, ty też Marzenko, że tak o mnie dbacie ale już nie mogę. I tak wyglądam jak dwustu litrowa beczka.
- Nie jest tak źle – pocieszył ją bez przekonania tata.
- Dziękuję ci, Fryderyku. Jesteś niezmiernie uprzejmy – gdyby Marzenka wiedziała co to sarkazm, pomyślałaby, że mama powiedziała to sarkastycznie.

Dzień mijał leniwie na różnych takich fajnych rzeczach. Nie trzeba było iść do przedszkola, ani do szkoły, ani nawet do pracy.    I z kuchni tak ładnie pachniało przed obiadem.

- Cieszysz się, że będziemy mieli braciszka? – zapytała Marzenka Jacusia  w czasie układania puzzli.
- A  z czego się tu cieszyć? – prychnął Jacuś.
- Będziemy mogli się z nim bawić, na przykład ...
- Zapomnij! – zawyrokował Jacuś. – Najwcześniej za dwa lata.   A do tego czasu mamy przerąbane.
- Wcale, że nie – obruszyła się Marzenka.
- Wiem, co mówię. Krzyśkowi z mojej klasy urodziła się przed wakacjami siostra. Nie dość, że starzy nie mają kompletnie dla niego czasu, to musi dwa razy dziennie wynosić śmieci i to       z kupami tej jego siostrzyczki. Ohyda.
- Ee... to żaden problem – zaśmiała się Marzenka. – Powiedz Krzyśkowi, żeby ją nauczył robić kupy do kibelka, a nie do wiadra ze śmieciami.
- Ale ty głupia jesteś. Przecież ona jeszcze leży i wali klocki      w pampersy. Co dwie godziny. Ojciec Krzyśka powiedział, że małe dziecko, to jak obsługa rury: z jednej strony wkładasz,      a z drugiej samo wypada.
- Sam jesteś głupi! – odcięła się Marzenka. – Nie będę się do ciebie odzywać.
- To się nie odzywaj.
- To nie będę.

Prawie trzy minuty Marzenka się nie odzywała.

- A ja wiem, jak się rodzą dzieci. Mama mi wszystko wczoraj powiedziała – zakomunikowała z dumą Marzenka.
- No i co z tego? – Jacuś nie wydawał się zainteresowany.
- A to z tego, że ja wiem, a ty nie.
- Pewnie, że wiem – obruszył się Jacuś.
- To powiedz.
- Wiem ale nie powiem.
- Wcale, że nie wiesz.
- Wiem.
- Nie wiesz.

Jacuś nawet jak wiedział, to nie chciał powiedzieć.

- Powiedzieć ci? – Marzenka koniecznie chciała się pochwalić znajomością kobiecych sekretów.
- Nie musisz – a Jacuś był twardy, jak to facet.
- No to ci powiem – zdecydowała Marzenka. – Jak dzidziuś urośnie w brzuszku mamy, to wyjdzie przez jej dziurkę.
- Jaką dziurkę? – zapytał Jacuś. Ciekawość zwyciężyła.
- No, dziurkę – kwiatuszek. Przecież wiesz, że panie mają kwiatuszki, a chłopacy pręciki.
- Pewnie, że wiem – obruszył się Jacuś. – Wszyscy to wiedzą.
- A widziałeś kiedyś kwiatuszka?
- Pewnie, że widziałem – zaczerwienił się nie wiadomo czemu Jacuś.
- Podglądałeś! – doznała olśnienia Marzenka. – Wszystko powiem mamie.
- Wcale że nie.
- To powiedz, gdzie widziałeś, bo powiem mamie!

Ciekawe czy Marzenka zna już słowo "szantaż".

- U taty w biurku...
- A skąd on tam ma kwiatuszka? – zdziwiła się Marzenka.
- Oj, daj mi skończyć. U taty w biurku jest taka gazeta ze zdjęciami pań. Wszystko im widać.
- Aha, pewnie mama nie chciała mu pokazać jak się rodzi dzieci, to kupił sobie specjalną gazetę.
- Pewnie tak – przyznał Jacuś.
- No i dzidziuś, jak urośnie, to wyjdzie przez kwiatuszek mamy – powtórzyła Marzenka.

Widać było, że Jacuś intensywnie myśli.

- Poczekaj chwilę – powiedział biorąc linijkę z tornistra.

I wyszedł.

"Po co mu ta linijka?" – pomyślała Marzenka.

- Po co ci ta linijka? – zapytała mama, gdy Jacuś podszedł do niej w sypialni? Czytała gazetę w łóżku.
- Bo ja, mamo, chcę zbudować latawiec – skłamał gładko.
- Wiesz synku, ja się za bardzo nie znam na latawcach. Idź z tym raczej do taty – uśmiechnęła się mama.
- Ale ja ci chcę tylko pokazać, jak będzie wyglądał.
- No dobrze, pokaż, pokaż – zgodziła się mama odkładając gazetę.

Jacuś usiadł koło mamy na łóżku i położył jej linijkę na brzuchu.

- Taki będzie długi – zapamiętał długość brzucha mamy – a taki szeroki – zapamiętał szerokość brzucha mamy.
- Na pewno będzie śliczny – pochwaliła go mama - ale naprawdę lepiej idź z tym do ojca.
- Dobrze – zgodził się Jacuś.

Nie  poszedł jednak do ojca. Kogo by obchodziły latawce jak się ma komputer?

- To jest technicznie niemożliwe – zakomunikował Marzence po powrocie do ich pokoju.  
- Co jest niemożliwe – nie zrozumiała Marzenka.
- To, żeby dzidziuś wyszedł przez kwiatuszek mamy. Zobacz: długość jej brzucha wynosi czterdzieści osiem centymetrów, szerokość prawie trzydzieści pięć. A kwiatuszek ile ma? Dziesięć, góra piętnaście. Nie wiem dokładnie, nie dało się zmierzyć. Ale i tak, jak on ma przez to przejść?
- Ale ty głupi jesteś – powiedziała Marzenka. – Teraz ty poczekaj – powiedziała wychodząc z pokoju. Wróciła błyskawicznie z gumową rękawicą do zmywania. Żółtą.
-  Weź mojego miśka i mocno trzymaj – to było jak rozkaz. Jacuś wziął i mocno trzymał.
- Misiek to jest dzidziuś, rękawica to jest kwiatuszek... – wyjaśniła Marzenka.
- Żółty kwiatuszek? – zdziwił się Jacuś.
- Oj, cicho bądź. To tak na niby. W czasie porodu kwiatuszek się rozciąga – Marzenka rozciągnęła oburącz rękawicę i nałożyła ją miśkowi na głowę. – Widzisz, mieści się. I tak rodzi się dzidziuś.
- Głowa się mieści. A reszta?
- Co reszta?
- Reszta miśka, to znaczy... dzidziusia: ręce, ramiona. No przecież to nie przejdzie.
- Przejdzie, przejdzie, mama powiedziała, że jak głowa przejdzie to i reszta też.
- Nie przejdzie – nie dał się przekonać Jacuś.
- Wy faceci... – mruknęła Marzenka.

Zdjęła miśkowi rękawicę z głowy i zaczęła szukać po pokoju przyrządu do dalszej demonstracji. Tylko, że nie znalazła. Bo ani krzesło, ani łóżeczko, ani biurko, ani zupełnie nic się nie nadawało. Ciągle te problemy.

- Już wiem! Udowodnię ci. Idziemy do piwnicy – zawołała uradowana.
- Przecież wiesz, że nie lubią, jak tam sami chodzimy – przypomniał Jacuś.
- Czy o wszystkim muszą wiedzieć – zapytała Marzenka, chociaż prawdopodobnie tego słowa też nie znała. – Bierz latarkę i misia. Ja idę po klucze. Za trzy minuty na korytarzu.

Już byli przy drzwiach wyjściowych, gdy ojciec z kuchni zapytał:

- A wy gdzie?
- Pobawić się na podwórku – Marzenka była przygotowana na takie pytanie.
- Ale za godzinę z powrotem. Obiad będzie – ojciec obierał ziemniaki, co było widać po trzech zabandażowanych palcach.
- Dobrze tato, będziemy – zgodziła się potulnie Marzenka.
- Żebym was nie musiał szukać.

Wypadki potoczyły się tak, że to Marzenka musiała ojca odszukać. Pilnie odszukać. Ale dopiero za dwadzieścia trzy minuty, bo teraz właśnie schodzili do piwnicy. Śmierdziało kotami i w ogóle nie było przyjemnie. Wspólnymi siłami Jacuś i Marzenka otworzyli obite blacha drzwi. Piwnica była zawalona wszystkim, „co się może przydać” prawie pod sam sufit. Tata robił w niej porządki już od dwóch lat lecz zawsze w "przyszłą sobotę".

- I co teraz? – zapytał Jacuś.
- Musimy dostać się do okna – Marzenka miała plan opracowany w szczegółach.
- Po co?
- Żeby ci udowodnić. Włazimy.

Po pięciu minutach przeciskania się między kartonami, workami, skrzynkami   i wszystkim „co się może przydać” dotarli do okna. Było małe i całe w pajęczynach, ale o dziwo otworzyło się bez trudu. Wiatr sypnął im w oczy zeschłymi liśćmi i kurzem. Nic to. Marzenka wzięła od Jacusia misia i głową do przodu włożyła go między pionowe pręty, które służyły za kraty. Miś bez trudu przeszedł między prętami.

- Za szerokie odstępy – zmartwiła się Marzenka.
- Co ty robisz? – zniecierpliwił się Jacuś.
- Chcę ci pokazać, że jak głowa ledwo przejdzie, to reszta też, ale miś jest za mały. Już wiem, ty włóż głowę.
- Co ty! Nie wejdzie.
- Chociaż spróbuj.
- No dobra... – Jacuś włożył głowę między pręty. – Prawie wchodzi – westchnął z wysiłku. – Ale uszy przeszkadzają.
- To spróbuj odwrotnie

Jacuś spróbował.

- Teraz nos przeszkadza.
- No to spróbuj jeszcze raz – Marzenka była uparta.
- No mówię ci, że nie wejdzie. Chyba żeby posmarować czymś uszy. Wtedy może się prześlizgną.

Marzenka oświetliła latarką najbliższą półkę.

- Sok z malin może być? – zapytała z nadzieją w głosie.
- Dawaj – Jacuś już się zapalił do zadania. Zuch chłopak!

Marzenka podała mu butelkę soku z malin, rocznik 2002 . Jacuś odkręcił, wylał trochę soku na dłoń i posmarował uszy.

- Dobry – powiedział zlizując sok z dłoni.
- Daj spróbować – poprosiła Marzenka.

Jacuś był dobrym bratem – pozwolił sobie wylizać dłoń do czysta.

- No dobra, koniec tych przyjemności. Do roboty – zadecydował.

Głowa z nasmarowanymi sokiem z malin ( rocznik 2002 ) uszami przeszła między prętami za pierwszym razem.

- Jest! – krzyknął uradowany Jacuś.
- A widzisz! – ucieszyła się Marzenka. – Teraz reszta i będziesz na zewnątrz.

Jacuś wsunął lewą rękę. Druga już niestety nie wchodziła. Szamotał się tak z pięć minut. Marzenka dzielnie pomagała.

- Nie da rady – ocenił w końcu sytuację Jacuś.
- E tam... z tobą to się nigdy nic nie udaje.
- Przecież próbuję, ale już nie mam siły.
- To wyłaź. Trudno – powiedziała zniechęcona Marzenka.   
- Aj! – krzyknął Jacuś.
- Nie krzycz, tylko wyciągaj głowę. Jeszcze ktoś usłyszy – zaniepokoiła się Marzenka.
- Aj! Nie! – krzyknął dwa razy głośniej Jacuś.
- No czemu się drzesz?
- Tu jest jakiś pies! – wrzasnął Jacuś. – Wynocha ty kundlu! Zostaw moje ucho!

Pies, jak to pies, też lubi sok z malin, szczególnie rocznik 2002. Nic sobie nie robiąc z krzyków Jacusia wylizał mu ucho.

- Odgoń go – poradziła Marzenka.
- A myślisz, że co robię – warknął Jacuś, jak pies, który nie warczał.
- Nieee!!! – Zawył Jacuś i zamilkł.
- Co on robi, ten pies? – zapytała Marzenka.
- Poszedł sobie – zaszlochał Jacuś.
- To czemu płaczesz? – zdziwiła się Marzenka. – Przecież chciałeś żeby sobie poszedł.
- Ale on mi nasikał na głowę.

No tak, psy tak czasami robią. Ludzka to, znaczy psia rzecz.

Po dziesięciu minutach kombinacji alpejskich Jacuś utknął na dobre. Smarowanie sokiem malinowym tym razem nic nie pomagało. Wpasował się między pręty na dobre.

- Idę po tatę – zadecydowała Marzenka.

Jacuś nic nie odpowiedział. Po obsikaniu przez psa było już mu wszystko jedno. Nic gorszego nie mogło go spotkać.

Marzenka jakimś cudem wydostała się z piwnicy i pobiegła co sił do mieszkania.

- Tato, tato! Chodź szybko! – zawołała od progu.
- Co się stało? – ojciec wstawiał właśnie ziemniaki na gaz. 
- Jacuś próbował, czy jak głowa przejdzie przez kwiatuszek, to reszta też. I pies go obsikał. I nie może się ruszyć!
- Co?
- No chodź, musisz mu pomóc!

Tata, mimo czterdziestki na karku ciągle był niezły w bieganiu po schodach. Gorzej mu poszło nurkowanie w zagraconej piwnicy.

- O cholera! – wyraził się widząc Jacusia w sytuacji skandalicznej. 

Znając umiejętności manualne ojca, Marzenka sprowadziła na pomoc jeszcze sąsiada , pana Waldka. We dwóch z ojcem wysunęli trochę Jacusia, lecz głowa ciągle tkwiła między prętami. Ciągnęli, sapali, klęli, Jacuś krzyczał, Marzenka płakała, a głowa jak tkwiła w pułapce, tak tkwiła. Chyba urosła.  

- Panie, nie ciąg już więcej, bo urwiesz pan szczeniakowi łeb – poradził pan Waldek.
- To może przepiłować kratę.
- Panie sąsiad, toż to pręty zbrojeniowe, piętnastki. Do usranej śmierci tego nie przetniem. Tu trza strażaków.
- Tato, szyja mnie boli – zajęczał Jacuś.
- I pogotowie – zawyrokował pan Waldek. – Dzwoń pan sąsiad. Jak mus, to mus.

Strażacy przyjechali po dziesięciu minutach wyprzedzając o pół długości wozu karetkę. Ale fajną syrenę mają. Najpierw odgruzowali naszą piwnicę,  a potem takimi specjalnymi nożycami wycięli jeden pręt. Jacuś był wolny. Nie zdążył nacieszyć się jednak wolnością, bo sanitariusze przywiązali go do noszy (chyba żeby im nie uciekł) i zabrali do szpitala. Wrócił dopiero następnego dnia z plastikowym kołnierzem na szyi. Przez tydzień chodził jak robot. W sumie dobrze, że tata zadzwonił po strażaków, bo przy okazji ugasili kurczaka w naszym piekarniku.

Trochę za długo się piekł.

- Co się stało? – zainteresowała się sąsiadka widząc odjeżdżające pogotowie.
- Tata o mało nie urwał Jacusiowi głowy – poinformowała ją rzeczowo Marzenka. – W piwnicy.
  

To był całkiem fajny dzień. Tyle atrakcji i to za całkiem nieduże pieniądze. W sumie: sto sześć złotych. Sześć złotych,  korzystając z okazji, pożyczył na piwo pan Waldek. I stówa mandatu dla taty za zagrożenie pożarowe, które trzymał w piwnicy. Pomyśleć ile to człowiek musi się nakombinować, aby wytłumaczyc durnemu facetowi proces porodu. Rany...

Oceń
Autor: Andrzej M Żak

KOMENTARZE

DODAJ KOMENTARZ

Pozostałe wiadomości

    Uwaga na utrudnienia na drodze

    Wykonawca drugiego odcinka obwodnicy Olsztyna planuje naprawę i zabezpieczenie skarpy naprzeciwko toru motocrossowego na DL55 (droga... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 10:52
    • 0
    • Express.olsztyn.pl

    Pijani, nieodpowiedzialni, źli

    Niedostosowanie prędkości, niezachowanie bezpiecznej odległości czy wypity wcześniej alkohol – to tylko kilka z najczęstszych... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 09:21
    • 0
    • Express.olsztyn.pl

    Bezpieczniej i ładniej w Piotraszewie

    Pierwszy etap prac wykonany w ubiegłym roku objął 4,5 kilometra drogi od wojewódzkiej 507 do granic Piotraszewa. W tym roku udało... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 09:00
    • 0
    • Express.olsztyn.pl
    • .

    "Szubienice" znów w sądzie

    Antoni Górski          Olsztyn 24.11.2017 r. Sąd Rejonowy w Olsztynie II Wydział... Zobacz więcej »
    • 25/11/2017 08:23
    • 4
    • warmiak

    Polecane firmy

    Reklama konta firmowego